czwartek, 3 października 2013

Stała oniemiała patrząc jak odchodzi. Musiał zjeść coś wcześniej. Przecież nigdy nie odchodził z pustym żołądkiem. Nie taka jest natura kotów.
Cóż, wzruszyła ramionami i energicznie odwróciła się w stronę drzwi balkonowych. Jej ogniście rude włosy zatrzepotały nagle poruszone. Wlepiła spojrzenie w te intensywnie zielone oczy, które widywała już tyle razy wpatrujące się w nią, lecz nigdy nie widziała ani do kogo należą, ani nawet jak wygląda ich posiadacz. Jakby same oczy były nazbyt magnetyzujące, tak ze reszta ciała przestawała mieć znaczenie. Nie mogła oprzeć się temu widokowi. Przesunęła szklane drzwi balkonowe, mimo całego chłodu i jesiennej pogody, bez opamiętania wyszła przed dom. Szła już bosymi stopami po mokrej trawie, a zmierzała gdzieś na koniec własnego podwórka, a może i dalej do pobliskiego lasu? Trudno było nawet jej samej to określić. Po prostu szła oczarowana. Jak za każdym razem kiedy się pojawiał. 

Tak bardzo mi smutno tak bardzo mi źle.

Nikt tego nie czyta. Noże i nawet w sumie nie ma tu nic ciekawego... Jedynie moje jakieś tam narzekania, obawy. Czyli wszystko to i może ciut więcej o codziennie truję dupę mojemu Misiowi.
Boli mnie bardzo to, że moja przyjaciółka we mnie nie wierzy, uważa że ją zostawiłam. Znów, nie?

A to nie tak. Ja się po prostu miotam i szarpię z własnym życiem. Potrzebuję na to trochę czasu i miejsca, nie? Zazwyczaj jestem samowystarczalna - tak sądzę, chyba że chodzi o mizianie, przytulanie i całowanie, bo to niemalże sens mojego istnienia, a sama się przecież dobrze nie wymiziam.

Chyba trochę stanęłam w miejscu z pewnymi rzeczami. Nie zauważyłam jak bardzo zmieniają się ludzie. Z wyglądu i z zachowania. To już niemal nie ci ludzie. Tak, myślę tu o Niej. Byłam na jej pbl. Widzę jej twarz i szukam w niej czegoś Mojego? Ale co mogę znaleźć na płaskim ekranie?
To boli. I tak bardzo nie wiem co z tym zrobić... może dlatego o tym piszę... z nadzieją, że przeczyta i zauważy...

Do tego staram się mimo całego mojego pesymizmu i całej tej goryczy jaką odczuwam do świata, próbuję zachować resztki pogodności. Codzienne jadąc do szkoły, patrzę i widzę piękno. Oh jakim ono szczęściem mnie napawa, jaką radością. To buduje we mnie nadzieję, że nie musi być tak źle, że jestem tu bo mam coś do zrobienia i będzie co ma być. Wystarczy cieszyć się chwilą i nie zadręczać. Jednak mając coś jakby nerwicę natręctw nie jest łatwo, nie?

Mamy jesień. Co roku o tej porze, wpadam w typowo jesienną depresję. Myślę sobie o tym jak jest źle i bla bla bla, czyli to co zawsze, ale tym razem nie muszę się z tym ukrywać. Niemalże upajam się tym stanem. Co roku, wieczorem siadałam na parapecie i czekałam. Siadałam owinięta kocem w roku pokoju i milczałam, myśląc. Zamykałam się w swoim prywatnym, głębokim świecie, odizolowując się od reszty i budując w sobie nadzieję, że ma to sens, że ktoś kiedyś przyjdzie i zainteresuje się tym kim jestem, a jednocześnie pomoże mi samej to odkryć.
Jednak teraz tego nie mam.
Nic.
Dzisiaj, siedzę i myślę o tym co mam zrobić do szkoły, o tym co muszę zrobić żeby zdać maturę, o tym czego się boję. Chyba to jest ta dorosłość. Nic fajnego.
Dorosłość zabiera mi magię życia. Drugą stronę rzeczywistości. Smutne.

Mam nadzieję, że wszystko się jakoś ułoży. Muszę być bardziej sobą w sobie i  w dodatku chyba przywyknąć do samotności duszy.


...... Mam tytuł na książkę nową :) "Samotność duszy" - dobre ;) Może kiedyś ją napiszę ; o