Miłość, jako mało doświadczona w tych sprawach kobieta, powiem tylko, ze nie tak to miało wyglądać.
Zanim jeszcze wpakowałam się w związek, z utęsknieniem spoglądałam na wszystkie 'romantyczne obrazki' par w serduszkach. Myślałam, że też tak będę miała. Nic bardziej mylnego.
Wyobrażałam sobie, że mój związek będzie okresem czasu wypełnionym po brzegi czułościami, pięknymi słowami, romantycznymi gestami i szaleństwem miłości. Byłam przekonana o tym, że związek robi z czasem i człowiekiem takie: BUM! I wszystko się zmienia. Wewnętrznie czujesz tą zmianę, inaczej widzisz świat, wszystko jest inne. Nic bardziej mylnego.
Jako dziecko nauczona byłam kochać przez rodzinę. Kochałam mamę, tatę, braci - całym sercem. Oglądając romantyczne filmy, zrozumiałam że miłość do zupełnie innego człowieka (z poza rodziny) jest czymś większym, czymś przepełniającym, czymś tak ogromnym, ze aż nie do opisania. Nic bardziej mylnego.
Słysząc o pustce jaką zostawia strata kochanej osoby - uważałam, że jest to przerysowane, przesadzone. Moje serce dotąd nie było puste, więc jak mogłoby się nim stać? Nic bardziej mylnego...
Dzisiaj, wciąż mało doświadczona, ale wiem czym miłość jest dla mnie. Zrozumiałam, że miłość to uczucie, stan człowieka, a każdy postrzega je inaczej. Pomijając fakt, że inaczej się kocha mamę, czy tatę, a inaczej 'wybranka serca', zupełnie inaczej wygląda miłość do własnych dzieci, inna jest miłość do wnuków. Można kochać przyjaciół, można kochać - uwielbiać.
Jestem kobietą - kocham inaczej niż mężczyźni. Jednak miłość i tu i tu bywa podobna. Osobiście sądzę, że miłość łączy fakt potrzeby dbania o drugą osobę. Żeby było jej dobrze, ciepło, żeby była szczęśliwa. Miłość to taki stan kiedy cieszymy się z przebywania z tą drugą osobą. Miłość to stan kiedy czerpiesz radość z dawania, a nie brania.
Miłość to stan absurdalny: nie chcemy stracić osoby na której nam zależy, którą trzymamy przy sobie bo daje nam szczęście to, że możemy uszczęśliwiać ją.
Teraz wiem, jak mylnym wrażeniem karmiły mnie filmy, historie, 'romantyczne obrazki', sentymentalne teksty. Miłość to coś zupełnie osobistego.
Tu moja subiektywna opinia o tym, jak ja ją postrzegam: Dotąd kochałam rodzinę i było to coś co miałam zawsze, coś co nie przemijało, co może się bardzie utrwalało. Coś stałego.
Przygotowana na wielkie BUM! spowodowane nagłą zmianą (statusu na facebooku :D ), nie wiedziałam czego się spodziewać. I zaskoczyło mnie to. Zaskoczyła mnie subtelność tych zmian. Nie przerażały. Były tak naturalne jak przemijalność dnia.
Kiedy zdecydowaliśmy się zostać razem, to był po prostu najlepszy moment do następnego kroku - zaraz po etapie bliższego poznawania. Dużo ze sobą rozmawialiśmy, wykształciliśmy zalążki zaufania i na tym opierała się dalsza część naszego związku.
Najpierw oboje (chyba), czuliśmy się zakłopotani nową sytuacją, ale minęło to w ciągu niecałego tygodnia. Były to momenty pierwszego kontaktu fizycznego i musieliśmy wtedy wyznaczyć sobie pewne granice. Potem wszystko się powoli rozwijało. Czuliśmy* podekscytowanie z czasu który spędzaliśmy razem. Między nami wybuchło zauroczenie - motyli w brzuchu, ekscytacja, ciepełko w brzuszku. Zauroczenie ma to do siebie, ze po prostu wybucha. To etap kiedy człowiek jest przekonany o swojej miłości i o tym ile by zrobił dla drugiej osoby, ale tak naprawdę to tylko odurzenie hormonami, czysty objaw szaleństwa. Mija przeważnie po 3 miesiącach. Dopiero po tym etapie można stwierdzić co zostało.
Zauroczenie jest niezwykle intensywne i całkiem absurdalne, ale jeśli wybuchło zbyt gwałtownie, szybko się wypala. Potem nie zostaje nic, chyba że...
Chyba, że jednak coś zostało.
U nas tak było. Została radość z przebywania razem, pozostała wciąż setka tematów o których mogliśmy godzinami rozmawiać, pozostała więź. Na więzi i zaufaniu rozwijały się kolejne pietra naszego związku.
Tu nie ma już miejsca na absurdalne, intensywne uczucia. Tu już nie ma uniesień i motylków w brzuchu. Rodzi się coś większego, bardziej prawdziwego i subtelnego - miłość.
Zaufanie, które jest fundamentem tego związku, sprawiło, że staliśmy się sobie przyjaciółmi. To co między nami zostało, w dalszej części się już tylko umacniało. Czerpaliśmy radość z samego przebywania ze sobą, nawet jeśli było to siedzenie w milczeniu i oglądanie seriali. Wykształciliśmy szereg nawyków i zachowań, które wciąż powtarzaliśmy. Potrafiliśmy rozmawiać o wszystkim i zupełnie o niczym. Zostawialiśmy to co było między nami, tylko dla siebie - w śród ludzi nie było miejsca na wynurzanie się.
Oczywiście równolegle z całymi przemianami emocjonalnymi rozwijała się nasza seksualność. Na wszystko przychodził czas, niczego nie przyśpieszaliśmy. Uczyliśmy się swoich ciał i ich potrzeb powoli, jednak dość intensywnie.
Jednak kiedy doszło do pierwszego razu, może nie byłam na to jeszcze gotowa. Wtedy jeszcze bałam się odrobinę skrzywdzenia. Zdobył mnie, oddałam mu się cała dopiero po roku współżycia. Wtedy nauczyłam się czerpać z tego przyjemność naprawdę. Dojrzałam do tego.
Miłość to więź - a my ją wykształciliśmy. Nauczyliśmy się egzystować ze sobą, wspierać się, wiedzieliśmy kiedy odpuścić i kiedy przeprosić. Mogliśmy rozmawiać o poważnych sprawach, uczuciach i mieliśmy odwagę mówić o tym co myślimy i czujemy, nawet jeśli nie było miłe.
Myślę, ze jest to miłość. Nie bylibyśmy ze sobą tak długo, gdyby jej nie było.
Teraz przed nami największa próba.
Damy radę. Wierzę w to.
Zanim jeszcze wpakowałam się w związek, z utęsknieniem spoglądałam na wszystkie 'romantyczne obrazki' par w serduszkach. Myślałam, że też tak będę miała. Nic bardziej mylnego.
Wyobrażałam sobie, że mój związek będzie okresem czasu wypełnionym po brzegi czułościami, pięknymi słowami, romantycznymi gestami i szaleństwem miłości. Byłam przekonana o tym, że związek robi z czasem i człowiekiem takie: BUM! I wszystko się zmienia. Wewnętrznie czujesz tą zmianę, inaczej widzisz świat, wszystko jest inne. Nic bardziej mylnego.
Jako dziecko nauczona byłam kochać przez rodzinę. Kochałam mamę, tatę, braci - całym sercem. Oglądając romantyczne filmy, zrozumiałam że miłość do zupełnie innego człowieka (z poza rodziny) jest czymś większym, czymś przepełniającym, czymś tak ogromnym, ze aż nie do opisania. Nic bardziej mylnego.
Słysząc o pustce jaką zostawia strata kochanej osoby - uważałam, że jest to przerysowane, przesadzone. Moje serce dotąd nie było puste, więc jak mogłoby się nim stać? Nic bardziej mylnego...
Dzisiaj, wciąż mało doświadczona, ale wiem czym miłość jest dla mnie. Zrozumiałam, że miłość to uczucie, stan człowieka, a każdy postrzega je inaczej. Pomijając fakt, że inaczej się kocha mamę, czy tatę, a inaczej 'wybranka serca', zupełnie inaczej wygląda miłość do własnych dzieci, inna jest miłość do wnuków. Można kochać przyjaciół, można kochać - uwielbiać.
Jestem kobietą - kocham inaczej niż mężczyźni. Jednak miłość i tu i tu bywa podobna. Osobiście sądzę, że miłość łączy fakt potrzeby dbania o drugą osobę. Żeby było jej dobrze, ciepło, żeby była szczęśliwa. Miłość to taki stan kiedy cieszymy się z przebywania z tą drugą osobą. Miłość to stan kiedy czerpiesz radość z dawania, a nie brania.
Miłość to stan absurdalny: nie chcemy stracić osoby na której nam zależy, którą trzymamy przy sobie bo daje nam szczęście to, że możemy uszczęśliwiać ją.
Teraz wiem, jak mylnym wrażeniem karmiły mnie filmy, historie, 'romantyczne obrazki', sentymentalne teksty. Miłość to coś zupełnie osobistego.
Tu moja subiektywna opinia o tym, jak ja ją postrzegam: Dotąd kochałam rodzinę i było to coś co miałam zawsze, coś co nie przemijało, co może się bardzie utrwalało. Coś stałego.
Przygotowana na wielkie BUM! spowodowane nagłą zmianą (statusu na facebooku :D ), nie wiedziałam czego się spodziewać. I zaskoczyło mnie to. Zaskoczyła mnie subtelność tych zmian. Nie przerażały. Były tak naturalne jak przemijalność dnia.
Kiedy zdecydowaliśmy się zostać razem, to był po prostu najlepszy moment do następnego kroku - zaraz po etapie bliższego poznawania. Dużo ze sobą rozmawialiśmy, wykształciliśmy zalążki zaufania i na tym opierała się dalsza część naszego związku.
Najpierw oboje (chyba), czuliśmy się zakłopotani nową sytuacją, ale minęło to w ciągu niecałego tygodnia. Były to momenty pierwszego kontaktu fizycznego i musieliśmy wtedy wyznaczyć sobie pewne granice. Potem wszystko się powoli rozwijało. Czuliśmy* podekscytowanie z czasu który spędzaliśmy razem. Między nami wybuchło zauroczenie - motyli w brzuchu, ekscytacja, ciepełko w brzuszku. Zauroczenie ma to do siebie, ze po prostu wybucha. To etap kiedy człowiek jest przekonany o swojej miłości i o tym ile by zrobił dla drugiej osoby, ale tak naprawdę to tylko odurzenie hormonami, czysty objaw szaleństwa. Mija przeważnie po 3 miesiącach. Dopiero po tym etapie można stwierdzić co zostało.
Zauroczenie jest niezwykle intensywne i całkiem absurdalne, ale jeśli wybuchło zbyt gwałtownie, szybko się wypala. Potem nie zostaje nic, chyba że...
Chyba, że jednak coś zostało.
U nas tak było. Została radość z przebywania razem, pozostała wciąż setka tematów o których mogliśmy godzinami rozmawiać, pozostała więź. Na więzi i zaufaniu rozwijały się kolejne pietra naszego związku.
Tu nie ma już miejsca na absurdalne, intensywne uczucia. Tu już nie ma uniesień i motylków w brzuchu. Rodzi się coś większego, bardziej prawdziwego i subtelnego - miłość.
Zaufanie, które jest fundamentem tego związku, sprawiło, że staliśmy się sobie przyjaciółmi. To co między nami zostało, w dalszej części się już tylko umacniało. Czerpaliśmy radość z samego przebywania ze sobą, nawet jeśli było to siedzenie w milczeniu i oglądanie seriali. Wykształciliśmy szereg nawyków i zachowań, które wciąż powtarzaliśmy. Potrafiliśmy rozmawiać o wszystkim i zupełnie o niczym. Zostawialiśmy to co było między nami, tylko dla siebie - w śród ludzi nie było miejsca na wynurzanie się.
Oczywiście równolegle z całymi przemianami emocjonalnymi rozwijała się nasza seksualność. Na wszystko przychodził czas, niczego nie przyśpieszaliśmy. Uczyliśmy się swoich ciał i ich potrzeb powoli, jednak dość intensywnie.
Jednak kiedy doszło do pierwszego razu, może nie byłam na to jeszcze gotowa. Wtedy jeszcze bałam się odrobinę skrzywdzenia. Zdobył mnie, oddałam mu się cała dopiero po roku współżycia. Wtedy nauczyłam się czerpać z tego przyjemność naprawdę. Dojrzałam do tego.
Miłość to więź - a my ją wykształciliśmy. Nauczyliśmy się egzystować ze sobą, wspierać się, wiedzieliśmy kiedy odpuścić i kiedy przeprosić. Mogliśmy rozmawiać o poważnych sprawach, uczuciach i mieliśmy odwagę mówić o tym co myślimy i czujemy, nawet jeśli nie było miłe.
Myślę, ze jest to miłość. Nie bylibyśmy ze sobą tak długo, gdyby jej nie było.
Teraz przed nami największa próba.
Damy radę. Wierzę w to.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz