Błogi stan.
Świat może być piękny, ale często ludzie 'odkrywają' to będąc pod wpływem jakiś używek.
Czemu tak jest?
W sumie po to są własnie używki.
Stan w którym nic nie jest ważne. W którym cieszymy się chwilą tu i teraz. Kiedy wspominamy tylko dobre chwile, a coś co kiedyś było nieprzyjemne traci znaczenie.
Chwila dla siebie.
Ja - tu i teraz.
Wtedy po części czuję się wolna.
Czym jest wolność?
Jak wszystko na świecie, ma rożne odcienie. Każdy rozumie to na własny sposób. Dla mnie wolność absolutna to nic innego jak wiatr.
Nas ludzi zniewalają potrzeby fizjologiczne, obowiązki, relacje z ludźmi, często uczucia. Nigdy się tego nie wyzbędziemy. Chociaż niektórzy potrafią. Jakiś pustelnik czy ktoś w tym stylu. Słyszałam też kiedyś o pewnej rodzinie, która nic nie je, zastępując pokarm medytacją. Niezwykłe, ale trzeba to umieć.
Nam, zwykłym ludziom jednak nie będzie to dane. Często nikt nic nie robi w tym kierunku. Ludziom tak dobrze. Mi jednak to nie wystarcza.
Panicznie uciekam przed braniem na siebie odpowiedzialność. Wolę kiedy ktoś oficjalnie bierze ją za mnie, jednocześnie wiem, że sama sobie świetnie radzę. Jedynie od czego dziś jestem uzależniona to rodzice. To od nich zależy czy mam co jeść i gdzie spać. Uzależniona jestem od ich miłości do mnie. Ja również mocno ich kocham. Bez nich nie było by mnie. Czasami zastanawiam się czy tak nie byłoby lepiej.
Moim marzeniem jest mieć taką furgonetkę. Stara, cała wymalowana w pocieszne rysunki. Moje i moich przyjaciół, osób spotkanych na drodze życia. W środku wyłożona na przykład różowym oczojebnym persem i wielkie głośniki z których na okrągło dudnił by rock, metal, grung i inne odmiany. Muzyka z którym wiążą się wspomnienia. Jechać nią przez świat. Bez pieniędzy. Jedząc resztki z maka, czy liczyć na łaskę miłych spotkanych ludzi. Myć się w jeziorach, fontannach. Jechać z przyjaciółmi. W kierunku zachodzącego słońca, tak, żeby dla nas nigdy nie zaszło. Żyć dniem, a nie planami.
Nic i nikt nas nie trzyma. Tylko my, nasze auto pełne wspomnień i pięknych chwil, droga przed nami, wiatr we włosach. Całe dotychczasowe życie zostawić gdzieś z boku. Kiedyś do niego będziemy musieli wrócić. Już widzę jak moja kochana mama bałaby się o moje życie i o to jak sobie radzę.
A myślę, że bym sobie poradziła. Moi rodzice wychowali naprawdę silą dziewczynę. Trudno mnie zdominować.
Zwykle jest tak, że to ja prowadzę moich bliskich przez życie. Muszę im pokazywać, że mają po co żyć. Muszę radzić im co powinni robić. Musze przy nich BYĆ. Musze, ale chcę. Czasami samej mi się odechciewa. Kiedy to ja pokazuje im życie, sama muszę je poznawać. Nie mam nikogo kto mógłby prowadzić mnie. Nie wiem jak to jest kiedy się na kimś mocno polega. Kiedy powierza się komuś życie. Nie wiem, zwykle byłam samowystarczalna. Byłam, bo coraz mniej mi się chce.
Wciąż mam siłę do życia, do walki o swoje. Myślę, że to się raczej nie zmieni. Miewam chwilowe załamania. Kiedy nie ma we mnie zapału. Wtedy to najchętniej zamykam się w swoim świecie. Kocyk + herbatka + parapet i nocne niebo + kojąca muzyk i nic więcej nie potrzeba. W takich chwilach, mimo że jest mi smutno, to jest mi dobrze. Czuję się na swój sposób szczęśliwa.
Potrzebuję mówić. Opowiadać o tym co mam wewnątrz. Mogę to jedynie powierzyć osobom którym ufam. Kiedy wiem, że powierzam to w dobre ręce.
Ostatnio przekonałam się czym jest wolność umysłu. Przez pewien długi czas byłam ograniczona. Czułam jakby ktoś założył mi klosz na głowę. Myśli grzęzły. Meczące. Ale właściwie uświadomiłam sobie to dopiero kiedy wczoraj Coś się zmieniło. Ktoś pomógł mi to zdjąć. Mogłam wziąć oddech pełną piersią, a świat stał się 'szerszy'. Trochę trudno to wytłumaczyć. Znów mogę obejmować umysłem mnóstwo spraw, znów PATRZEĆ na świat. Znów się nim zająć. Nie miałam pojęcia jak mi tego brakowało.
Tak jest jednak zwykle. Zazwyczaj ludzie doceniają i zauważają coś dopiero kiedy to stracą. Tak być nie powinno, ale właściwie to ciężko jest to zmienić. Ciężko jest nauczyć się cieszyć się tym co się ma. Choć z drugiej strony może być to całkiem pozytywne. Bo jeśli wystarczałoby nam tylko to co mamy, to nie chcielibyśmy nic więcej, co zahamowało by nasz rozwój, a człowiek rozwija, a przynajmniej powinien, rozwijać się przez całe życie.
Znasz taki stan kiedy wszystko wychodzi samo z siebie, a właściwie z ciebie? Kiedy czujesz to coś wewnątrz, które bardzo chce wyjść na świat. Nazywane to jest często weną.
Piszesz i piszesz i wciąż masz coś do opisania. Uwielbiam to. Czuję, że to kawałek mnie, którym mogę się podzielić.
Osobiście jestem bardzo skąpym człowiekiem. Nie lubię dawać rzeczy materialnych. Z tego też względu nie lubię ich przyjmować. Czuję się niesprawiedliwa. Za to jestem w stanie oddać komuś swój czas, oferować pomoc, doradzić. Jestem w stanie oddać kawałek siebie. Całą Mnie mogą otrzymać tylko dwie osoby na świecie. Jedna z nich to moja przyjaciółka. Ma mnie całą, ale czasami nie chce się mną zajmować. Ale spoko. Jestem samowystarczalna - na razie. Drugiej osoby jeszcze nie poznałam. Jest blisko, ale wciąż za daleko. Nie trudno się domyślić, że jak na romantyczkę mam tu na myśli 'miłość swojego życia'.
Najgorsze, że wiem że mam tylko jedną szansę. Jedną. Nigdy nie kochałam szczerze. Szepcze mi, że jak się zakocham to raz na całe życie. Raz. Trochę to smutne. Nie wiele czasu mi zostało. Chyba nikt nie jest w stanie tego zrozumieć. Często myślę, ze to tylko moje urojenia. Tak, większość osób też tak myśli, ale to jest tak gdzieś głęboko we mnie. Gdzieś tam w środku. Nie potrafię tego zmienić. Ale żeby przypadkiem nie było tak, że się mylę to 'chwytam okazję'. Jak ktoś mi się spodoba, a ja nawet jemu, to próbuję. Zwykle nie ma z tego nic. Zostaje tylko niespełniona nadzieja i żal. Zwykle żal wypływa stąd, że coś się kończy zanim zdążyło się zacząć. Często z mojej winy. Ograniczam się, ale zwykle jest tak, ze te osoby nie chcą lub nie potrafią sięgnąć tam głęboko po tą prawdziwą mnie. W dodatku paradoksalnie pragną wnętrza mnie osoby którym nie jestem w stanie tego dać - chyba jest tak bardzo często na tym świecie.
Ostatnio widzę jak wiele błędów popełniam. Na każdym kroku robię coś nie tak. Mimo że chcę dobrze. Stałam się bardziej egoistyczna i egocentryczna niż zwykle jestem. Niedobrze. Oj źle. Wiem, ważne są potrzeby samego siebie, ale trzeba je umiejętnie pokazywać i przedstawiać - własnie tego mi brak. Robię to.. hmm.. bardziej agresywnie. Coś w stylu: "Odpierdol się ode mnie!".
Tak, to jest złe. Trochę bardzo brakło mi cierpliwości. Ale sądzę, że wróci.
Mam naprawdę dużo szczęścia w życiu. Jak do tej pory nikt nie zadał mi poważnego bólu czy rany. Nie ma osoby której nienawidzę, nie mam wrogów. Jasne, są osoby które mnie nie lubią czy nie tolerują, mam podobnie, ale to nie tak, że z nimi mimo to nie rozmawiam.
Mam za co dziękować Bogu... przepraszać w sumie też. Nie tylko Go...
A tu coś dzięki czemu zaczęłam pisać tą notkę:
Znajdziesz to,czego szukasz
OdpowiedzUsuń(...cierpliwość...)
Daj się nieść życiu
Nie zatracaj się za bardzo w szukaniu tego,wtedy trudniej jest to znaleźć-mam rację?
kolejny paradoks
Ty jak zawsze wiesz, co powiedzieć : )
UsuńStaram się nie zatracać, ale to ciągnie coraz bardziej, coraz bardziej chcę tego tu i teraz. trudno mi iść przez życie samej.
chyba potrafisz to zrozumieć : )